Kołysz mną w tych dźwiękach nigdy nie ustających.
Przebacz moc i świętość tych kropel z nieba lecących.
Bom nie wiem czy godna słuchać ich dźwięku.
Czy one padając na twarz moją poddadzą się lęku.
Jednak po ustach i ramionach uderzają.
Z włosów mi wyciskając suchość moralną.
Szaro, tak szaro oblepione kolory tej łąki.
Dźwiękiem coraz głośniejszym na krzyki.
Daj mi miecz, sakwę i konia.
Poprowadź przez te tajemnicze obłoki.
Choć i ja płaczę, łzę na tę burzę uronię.
Nie zobaczę swojej ucieczki końca.
Ucieknę za wilczym gonem w las.
I kto uchowa przed złem obojga nas?
Nikłym spojrzeniom się uchybię.
Nad krytycznie w ucieczce swej się ulubię.
I przez to zapomną o mnie brzaski i świerszcze.
Ale ja Twoją garderobą.
Gdy zapomną o mnie moje wiersze.
Nie będę już Twoją ozdobą.
Dlatego poprowadź mnie w taką podróż nikłą.
Taką drogą, która prowadzi donikąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz