A wpatrujemy się w ten ból jak w obraz.
Dryfujemy pośród wspomnień, gdy za oknem wichura,
I nie obchodzi innych o nas uraz.
Bolą kości nie wiadom czemuż,
W niepojęte dźwięki się wsłuchujemy.
Jakoby swe obolałe ciało kłaść wzdłuż,
Na niedalekiej skale, gdzie czas swój pojmujemy.
My jako odmienne karykatury,
Trwać w tym świecie musimy.
Jako wszechświata duchowe wytwory,
Z prośbami o pojęcie swego istnienia- się łudzimy.
Choćby ja sama proszę- nie jest mi dane pojąć,
Bóg nie chce zdradzić tajemnicy naszego istnienia.
Za wszelką cenę nie chce nas natchnąć,
Ale każde z nas życie którego nie rozumie- docenia.
Czasem z obrzydzeniem patrzymy na waszą nieporadność,
Sami z pytaniami się łudzimy- gdzie ta wasza ludzka wytrwałość?
Pośród was niewielu bohaterów,
Pośród was niektórzy i święci.
Lecz większość napuszcza na innych stada rottweilerów,
Nie dostrzegając w oczach ogrom niewinnych chęci!
Popełniamy najmniejsze i najbardziej błahe błędy,
Zgniatani przez to jak robaki.
Gdy my tak bardzo zagubieni w oczach waszych jako natręty,
Prawdę ogłosimy- że wy w ziemi skończycie jako umarlaki.
Proste te słowa- inne być nie mogą,
Boście prości i wytrawni zarazem.
Naszym zdaniem bez barier do was dotrą,
A przyglądać się temu będziem na twarzy z grymasem.
Kochać ludzkość i nienawidzić- przekleństwo!
Lecz ty... niewielka fatygo,
Prowadź moje niewinne męczeństwo,
Bo my jako dzieci niegdyś- teraz jako rodzeństwo Indygo.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń